sobota, 21 czerwca 2014

"Urlop" przed podroza :p Mix Malezyjsko-Filipinski_ agu

Co sie dzialo w miedzy czasie! Otoz do czasu kiedy Ewa przyleciala ponownie, mialam czas na wakacje. Razem  ze wspomniana juz wczesniej "Lala" wybralysmy sie do Malezji na jedna  z najpopularniejszych wysp.. Langkawi. Spedzilysmy tam dwa tygodnie glownie relaksujac sie i cwiczac joge na plazy. "Lala" jest wprawiona w joge, takze byla swietnym nauczycielem :) mialysmy przy tym obie niezly uwab. Zjezdzilysmy na motorku cala wyspe znajdujac po drodze puste piekne plaze (w sam raz do naszych cwiczen). Raz wybralysmy sie z ekipa z guest housu na najwyzszy szczyt na wyspie. Wiekszosc ludzi wybiera latwa i przyjemna droge, tzn wjezdzaja  tam na motorkach, nasza grupa jednak, postanowila sie tam wspiac. Do pokonania mielismy 4757 schodow w jedna strone, przy temperaturze 35 stopni. Niby nie duzo, a jednak po wejsciu, wiekszosc ekipy, zdecydowala zamowic taksowke w powrotna strone, tylko dzielna 3 w tym ja z Lala postanowilismy zejsc ta samo droga. Czlowiek mysli ze cwiczy codziennie, wiec nie powinno byc wiekszych problemow.. nic bardziej mylnego, tym razem zupelnie inne partie miesni nam pracowaly i takich zakwasow jak po tej wycieczce to obie jeszcze nigdy nie mialysmy hehe:p. Wyjazd super udany, dopelniala pyszna kuchnia indyjska. Knajpa o nazwie "tomato" byla najbardziej oblegana w okolicy ale zdecydowanie warto bylo odczekac swoje aby cieszyc sie smakiem jak rowniez dobra cena.
Kiedy jestesmy razem z Lala, czas leci naprawde szybko.Zawsze wymysli sie cos do roboty, a to gry slowne, lamiglowki czy spiewanie. Ma to swoje poczatki juz od Trat gdzie razem z "Maryska"i Long Ting umijalysmy sobie wspolnie czas.
 Z nimi poprostu nie mozna sie nudzic :) uwielbiam to.
 W drodze powrotnej w pociagu powrocilysmy na chwile do dzieciecych lat. Lala zaskoczyla mnie zupelnie wyciagajac zestaw kredek, pisakow, a nawet farbek. Dalysmy sie wtedy poniesc fantazji :D Wrocilymy do BKK i tam przyszlo nam sie pozegnac, Larrisa jechala do Kambodzy, a nastepnie wracala na Alaske, a ja wspolnie z Maria, takze nauczycielka lecialysmy na Filipiny :) Pomimo radosci z kolejnej przygody, ciezko bylo sie rozstac. Moge z pewnoscia powiedziec ze jestesmy z "Lala" jak bratnie dusze, co ona okreslala zdaniem  ("jak z jednej strony w ksiazce"), swietnie sie rozumiemy:) . Upatrujmy wiec kolejnego spotkania, gdzies, kiedys!
Malezja ma jeszcze wiele ciekawych miejsc do odwiedznia ale wszystko w swoim czasie.

Filipiny♡  achh na same wspominki twarz mi sie usmiecha. Rownie super pozytywny wyjazd jak poprzedni! Poczatkowo spedzilam kilka dni u rodziny Marii. Przyjeli mnie niezmiernie cieplo i przyjaznie. Szkola akurat sie konczyla wiec dom byl pelen dzieciakow. Nawet ostatnia wywiadowka i ceremonia zakonczenia szkoly z dzieciecymi wystepami zaliczona!. Corki Marii oraz gromadka ich kuzynostwa nie dawala nam sie nudzic :p Po kilku dniach przyszlo mi jednak wyruszyc w pierwsza w pelni samotna podroz.. (choc musze przyznac ze nie odczulam tego za bardzo dzieki ludziom spotykanym po drodze) :p.
Nie bylo autobusu w ktorym bym mogla posluchac muzyki czy pisac. Wzbudzalam takie zainteresowanie, ze zawsze znalazl sie ktos ciekawski i chetny na rozmowe, hehe.
Moja pierwsza destynacja to wulkan i jezioro Taal. Jest to najmniejszy wulkan na swiecie znajdujacy sie na srodku wielkiego jeziora. Kiedy dotarlam do miejsca skad odplywaja lodki bylam jedyna turystka na nieszczescie, wiec cena za wynajecie lodzi mnie przerazila...byla wczesna godzina dlatego postanowilam poczekac na kolejnych chetnych. Lokalni ludzie smiali sie, ze sie nie doczekam, bo to piatek, a wszyscy turysci zawsze tu w weekendy przyjezdzaja, lecz ja twardo trzymalam sie swojego i czekalam. Po okolo godzinie aby umilic sobie czas, zaczelam grac z lokalnymi chlopakami w bilarda. Fajna zabawa zaskutkowala dodatkowo promocyjna cena na lodz, wiec moglam jednak poplynac sama do wulkanu :p Sa dwie opcje na dotarci do krateru. Pierwszy, preferowany przez wiekszosc ludzi to wjazd na koniu, a drugi rzecz jasna to spacer. Moje nogi naszczescie jeszcze nie odmawiaja posluszenstwa, takze wybralam spacer. Droga glownie prowadzila przez piaszczyste koryta, gdzieniegdzie z ziemi wydobywal sie dym, kurz draznil oczy. Ale warto bylo, wejsc tam i zobaczyc turkusowe jezioro w kraterze wulkanu! Stac na nim po raz pierwszy :).
Zadowolona ruszylam do Manili by stamtad jechac juz na polnoc do Baler. W zwiazku z tym, ze naleze do osob ciekawych nowych doswiadczen, nie moglam sobie odmowic nauki surfingu! Baler, swietnie sie do tego nadalo poniewaz  jest wlasnie kolebka surfingu. Na dworcu autobusowym wdaje sie w rozmowe z mila filipinka apropo godziny odjazdu i po chwili jestem juz przedstawiona grupie jej znajomych oraz zaproszona aby im towarzyszyc. Yyy ok, super! Kilku z nich jezdzi w to miejsce czesto, a reszta jak ja pierwszy raz. Jest nas razem 9 osob! Docieramy na miejsce wczesnie rano wiec od razu kierujemy sie do hotelu. Oni mieli juz rezerwacje, ja oczywiscie nie ale od razu wyszli z inicjatywa zebym z nimi zamieszkala. I jak tu nie mowic ze mam w zyciu szczescie? Byla to sobota takze zjechaly sie tlumy ludzi na weekend, dostanie taniego pokoju graniczylo z cudem, zgodzilam sie wiec, dziekujac im serdecznie. Czas na lekcje! Jak wspomnialam juz wczesniej czesci z nich miejsce to bylo dobrze znane, dlatego polecili mi najlepszego nauczyciela. Potwierdzam, byl dobry! Polecenia wykonywalam i byly tego dobre rezultaty :) surfowalam na falach! Jakie to swietne uczucie! Na uczelni mialam okazje probowac innych sportow wodnych jak narty wodne czy windsurfing ale musze przyznac, ze to dalo mi wiecej zabawy :D Zachlysnieta nowym sportem zostalam tam 3 dni. Samotne proby nie zawsze byly tak owocne jak z instruktorem ale przeciez to praktyka czyni mistrza wiec probowalam!
W przerwach w surfowaniu, nowi znajomi pokazali mi okolice, chodzilismy na lokalne jedzenie, wieczorami chlopcy smazyli pyszne ryby na grillu, grali na gitarach i spiewali. Nawet obchodzilismy jednego z nich (Johna) urodziny. Nie obylo sie rzecz jasna bez polskiego "sto lat" co zostalo udokumentowane na kilku aparatach hehe. Po powrocie do Manilii zeby tego bylo malo, cala 8 przeczekala ze mna do 4 rano i dotransportowala mnie na lotnisko skad mialam lot do Cebu, kolejnej wyspy. I jak tu nie lubic filipinczykow! Cebu nie urzeklo mnie na pierwszy rzut oka, dlatego tez juz kolejnego dnia, poplynelam promem na Bohol. Najczesciej odwiedzana wyspa przez turystow. Sprawdzmy wiec to! W poprzednim guest housie dostalam namiary na tanie lokum. Znajduje sie ono na srodku wyspy tuz przy popularnej rzece Loboc. Dojazd tam transportem publicznym nie nalezal do najlatwiejszych ale sie udalo. Co zastalam.. wielki drewniany dom, wokol kilka pojedynczych bungaloow i nic poza tym. Srodek lasu.., calkiem klimatycznie. Okazuje sie ze jestem jedyna klientka wiec dostaje promocyjna cene, a do tego pokoj z 8 lozkami :D. Nastepnego dnia razem z uprzejmym pracownikiem jedziemy do miasta znalesc dla mnie skuter.W tej miejscowosci bylo to nie wykonalne wiec musialam sie cofnac do Tagbilaran. Szczesliwa, ruszam skuterkiem podbic wyspe ;p
Pierwsze na mojej liscie sa wyraki, niektorzy twierdza, ze sa to najmniejsze malpki na swiecie, mi jednak malpek one nie przypominaly za bardzo. Udalo nam sie znalesc 3. Ich budowa jest niesamowita. Cialo male, z duza glowa. Najbardziej jednak rzucaja sie w oczy, ich ogromne galki oczne, zajmuja wiecej niz polowe glowy!
Nastepne w kolejnosci byly slynne czekoladowe wzgorza.Pogoda dopisala,wiec moglam podziwiac piekne roznorodne barwy na tych ciekawie ksztaltnych pagorkach:)
Dzien jeszcze mlody, wiec wyznaczam sobie objechanie wyspy wokol, z nadzieja na odnalezienie jakiejsc ukrytej pieknej plazy. Plazy nie znalazlam, ale za to urokliwe wzgorza dookola zapieraly dech w piersiach. Trasa okazala sie dluzsza niz przypuszczalam. Dotarlam do guest hausu juz calkowicie po ciemku, co nie byloby takie straszne gdyby nie fakt, ze nie dzialaly mi swiatla w motorku! Nauczka zeby zawsze to sprawdzac nawet za dnia podczas wypozyczania! Ze wzgledu, ze tak sprawnie poszlo mi zwiedzanie wyspy, nadszedl czas na slodkie lenistwo :) Wybralam popularna w tym rejonie Alona beach. Dluga, piaszczysta lecz troche zatloczona plaza. Jednak co bylo najistotniejsze... najbardziej przejrzysta woda w oceanie jaka do tej pory widzialam :D Po wczesniejszym nurkowaniu w Tajlandii, checi i tu sie pojawily, a widzac taka wode nie moglam sobie odmowic. I naszczescie! Bo bylo to najpiekniejsze nurkowanie jakie moglam sobie wymarzyc.
Kolejnego dnia od rana, razem z jedna filipinka i jej mezem amerykaninem poplynelismy w pobliza innej wyspy by tam "stapac po glebi". Instruktor widzac, ze calkiem dobrze radze sobie pod woda, pomimo braku nurkowego certyfikatu zabral mnie na 16metrow! Szalenstwo! Podwodny swiat kolejny raz okazal sie przepieknym, kolorowym ogrodem jeszcze bardziej bogatszym w roslinnosc i stworzenia. Lowice ryb niczym z kreskowek dla dzieci,wodne slimaki, ktore wygladem zupelnie nie przypominaja tych pelzajacych po ziemi i zolwie. Nie sklamie mowiac ze bylo ich 12 napewno! Jeden byl ogromny! Prawdopodobnie mial ok 100lat! Zolwie w wiekszosci nie maja nic przeciwko bliskiemu plywaniu kolo nich ,a ten juz zupelnie ;) Zajadal sie rafa koralowa nie zwracajac calkowicie uwagi na nas. Moje oczy niedowierzaly :) Podsumowujac, jesli ktos chcialby kiedys sprobowac nurkowania po tej stronie swiata, zdecydowanie, podpisuje sie obiema rekoma i namawiam serdecznie na Filipiny!
Czas odwiedzic kolejna wyspe! Ruszam na Camiguin island, ktora jest na poludnie od Boholu. Nie jest to juz tak popularny kierunek dla obcokrajowcow, dlatego tez na promie jestem jedyna "biala". Moj dobry humor po nurkowaniu dopelnia widok skaczacych ponad wode delfinow tuz obok naszego promu :D.
Co prawda mialam okazje plywac z nimi w basenie ale widok w naturalnym srodowisku bardziej cieszy :) Na wyspie zatrzymuje sie w malym guest hausie z widokiem na lagune prowadzacym przez anglika. Wyspa ma zaledwie 67 km, takze objazd jej wokol to jeden dzien. Decyduje sie powrocic do autostopa i szczesliwe trafiam na mila rodzinke. Podwiezli mnie spory kawalek po czym zaprosili do domu na kawe i sesje fotograficzna, hehe cali filipinczycy:) zostali mi nawet przedstawieni kandydaci na przyszlego meza:D Idac za passa, lapie kolejnego stopa i docieram do ruin kosciola, ktory zostal zniszczony podczas jednego z tajfunow. Dosc blisko znajduje sie podwodny cmentarz. Przed nieszczesnym tajfunem znajdowal on sie na wyspie, jednak zostal calkowicie zalany i jedyna pozostaloscia ponad woda jest teraz duzy krzyz. Mozna tam wypozyczyc zestaw do snorkelingu i plywac pomiedzy nagrobkami.
Z poczatku mialam to w zamiarze, jednak bedac juz na miejscu jakies dziwne uczucia mna szargaly i zrezygnowalam. Kolejny chlopak, ktorego udalo mi sie zatrzymac na stopa byl absolutnym strzalem w dziesiatke. "Germaine" jezdzil wokol calej wyspy i zbieral oplaty za czynsz od lokalnych sklepikow.
Z krotkimi postojami zamnelismy petle wokol wyspy. Nastepnego dnia w zwiazku z tym ze mial wolne zaoferowal mi swoj motorek z "darmowym kierowca :p" pojechalismy pod stary wulkan, oraz do goracych zrodel. Na wyspie znajduja sie rowniez zimne, gorskie zrodla..ja jednak wole gorace :) Planowalam zostac tam kilka dni dluzej, jednak wiadomosci o nadchodzacym w ta okolice tajfunie przyspieszyly wyjazd. Pogoda bardzo szybko przerodzila sie w chlodna i deszczowa.
Bojac sie ze utkne na tak niewielkiej wyspie bez lotniska, bez mozliwosci wziecia promu ze wzgledu na nadchodzacy sztorm, wrocilam czym predzej na Bohol. Wciaz przede mna Siquijhor "wyspa czarownic".! Zatrzymalam sie ponownie na Alona beach jednak z kazdym dniem bylo gorzej, wiekszosc dnia padalo,
a zapowiedzi na kolejne dni nie byly pocieszajace. Zdecydowalam wkoncu skrocic pobyt tam i wrocic spowrotem do Batangas city do Marii. Bardzo sie ucieszylam widzac ponownie cala rodzinke, a w szegolnosci te male szkraby. Zaplanowany zostal wyjazd na wies do rodziny. Od jednego brata, do drugiego, a to do siostry, a to jeszcze do wujka hehe. Rodzice Marii maja naprawde duzo rodzenstwa :) Czas umijalismy sobie zabawami. Cassie corka Marii uczyla mnie filipinskich wyliczanek, gier w karty i szkolnych zabaw, a ja w zamian naszych polskich. Zabawa w klasy, skakanie noga przez hula-hop, czy nasze "Sissy my baby" byly wciaz praktykowane :) Ostatnia noc przed wylotem, spedzilam ponownie ze znajomymi w Manilii, wspominajac wspolny wypad na surfing. I tak minal caly miesiac na Filipinach.
Nie dosyt zostal, takze mam nadzieje, ze tam jeszcze wroce :D
Filipiny, filipinczycy, a przede wszystkim "Maryska" z rodzina zagarneli juz sobie w moim sercu miejsce ;)

niedziela, 8 czerwca 2014

Poszukiwacze skarbow (natury)

Jadac kolejne 16 h autobusem z Parapatu do Bukittinggi przekroczylysmy Rownik. Szybko zwiedzalysmy miasto (co nie nalezy do naszych ulubionych zajec ) i skierowalysmy sie nad kolejne wulkaniczne jezioro- Maninjau. A tu kto? Polka Hanka i mowiaca po polsku Czeszka Maja. Dziewczyny mieszkaja tu juz po kilka miesiecy, zatrzymaly je tu uroki Sumatry i... niesforne kobiece serce:) obie maja indonezyjskich chlopakow.
Hanka zaczęła opowiadac nam o lokalnych atrakcjach: wodospady, rzadkie kwiaty, nietoperze, lokalne tance i muzykowanie, wyscigi bykow w blocie, zawody w rzucie kaczka... Tyle tego ze kreci nam sie w glowach. Ponoc gdzies tu w okolicy rosnie Dziwidło Olbrzymie- bardzo rzadki kwiat tropikalny, ktory po okresie rozwoju 8-10 letnim kwitnie tylko raz do roku. Osiaga nawet do 3 metrow wysokosci przybierajac niezwykly ksztalt (skad wziela sie jego potoczna nazwa:  fallus). Gdy kwitnie, wydziela silna won padliny i ludnosc Sumatry wierzy ze ten kwiat zjada ludzi... Ponoc wciaz sie go boja i czesto niszcza. Dlatego tez zobaczyc Dziwidlo w rozkwicie to rzadka sprawa.

Zdecydowalysmy sie zostac nad jeziorem caly tydzien by zobaczyc wyscigi bykow -to tak niespotykane i ciekawe wydarzenie ze szkoda by bylo je przeoczyc.
Musimy jakos zorganizowac sobie czas wiec nastepnego dnia wybieramy sie na calodzienny trekking do dzungli z lokalnym przewodnikiem szukac jeszcze innego okazu natury  - raflezji. Inaczej zwana Bukietnica Arnolda lub trupim kwiatem jest  najwiekszym kwiatem swiata! W rozkwicie jego rozpietosc dochodzi nawet do 1 metra. Niedaleko nas jest ponoc kilka, mowi przewodnik. Dzungla to jego terytorium, zna ja bardzo dobrze i gwarantuje ze zobaczymy rozkwitniety kwiat. A jak nie, to nie placimy. Taka zasada: no flower, no money.
W pakiecie sa jeszcze "latajace lisy", czyli duze nietoperze i wizyta w domowej fabryce cukru trzcinowego.

No to ruszamy. Najpierw jedziemy motorkami stromo pod gore pokonujac slynne 44 zakrety. Potem nietoperze, imponujaca wytwornia cukru i na koniec trekking w dol. Dosc meczacy trekking, poza sciezkami, w buszu i dzungli w poszukiwaniu raflezji.


Niestety nie znalezlismy zadnej w rozkwicie... byly tylko przekwitniete - zgnile i niedorozwoje, ktore wygladaly jak duze, rozowe glowy kapusty... Oczywiscie bylysmy zawiedzione i rozczarowane. Na dodatek, na sam koniec chwycilam sie jakiegos pie*#*nego drzewa trujacego ktore poparzylo mi dlon. W jednej chwili reka stanela w ogniu i az mnie w klatce zakulo z bolu. Przewodnik wyrwal jakas rosline i natarl mi dlon jej korzeniem twierdzac ze to lekarstwo... Jesli podzialalo to boje sie myslec co by bylo bez niego. Bolalo w pioruny! Jak otwarta, rozpruta rana. Nic nie pomagalo. Ani przeciwbolowe, ani masc ketonal. Przeszlo dopiero po tygodniu (miesiac pozniej ostatnie igielki wciaz jeszcze tkwia w dloni... )
Agu natomiast zostala pogryziona przez pijawki. Miala  na nogach 6 dziur po tych stworach, krew sie lała ze hej...biedna, wygladala jak ranny zolnierz.
Zgodnie z umowa, nasz przewodnik nie chcial od nas pieniedzy. Zaplacilysmy mu jednak polowe ustalonej sumy i chyba kazda strona byla z tego zadowolona.

Tak miala wygladac...

Dwa dni pozniej sprobowalismy szczescia jeszcze raz. Wraz z odlotowymi podroznikami - Dagmara i Piotrkiem pojechalismy w poszukiwaniu Dziwidla. Droga nie byla prosta, caly czas bylismy na telefonie z Hanka. W koncu po prawie 4h jazdy trafilismy na miejsce! Przewodnika ktory mial nas zaprowadzic do kwiata nie bylo...ale na szczescie kto inny zna droge! Uzgodnilismy cene 50 tys. rupii ( 15 zl) od osoby - tak nam powiedziala Hanka. Miala z lokalnymi umowe, ze za kazdego turyste dostana pieniadze w zamian za co zobligowani sa dbac o kwiatka. To w ramach edukacji lokalnych, by nie niszczyli przyrody. Upewniamy sie jeszcze czy napewno chodzi nam o ten sam okaz; pokazuje przewodnikowi zdjecie Dziwidla z internetu, a on pokazuje mi zdjecie kwiata zrobione wczoraj. Pasuje, ten sam kwiat, jest juz naprawde spory!
No to idziemy! Ale jestem podekscytowana, w koncu zobacze cud natury o jakim opowiadalam moim harcerzom na zbiorkach! Idziemy moze z 20 minut, pojawia sie mala rzeczka do przekroczenia, idziemy dalej, juz prawie jestesmy, o juz sie przewodnik zatrzymal, Dagmara i Piotrek tez i ja dochodze do nich i staje jak wryta... kwiat jest sciety... pociachany maczeta  na kilka kawalkow...  nie wierze wlasnym oczom. To sie musialo stac dzis w nocy lub nad ranem.
Przewodnik i reszta ekipy tez wydaja sie byc rozczarowani. Biora poszczegolne kawalki Dziwidla i skladaja je do kupy by pokazac nam jak duzy byl kwiat... zalosny widok:(
Jednak gleboko zakorzenione przesady silniejsze sa nawet od pieniedzy. Nasz przewodnik rowniez nie domaga sie zaplaty majac swiadomosc ukladu jaki zostal tu zawaty. Dajemy mu niewielka sume za fatyge i zbieramy sie spowrotem do guest house'u.
W sobote wyscigi bykow... mam nadzieje ze nie zdechna do tego czasu...



piątek, 9 maja 2014

Znów na szlaku! Indonezja.

Miala byc Poludniowa Ameryka, ale jak to czasem bywa, wyszlo inaczej. Jest Indonezja. Jade z Agu lokalnym autobusem, gdzie wszyscy faceci jaraja fajki i przypominam sobie jak to jest podrozowac. Po 4-o miesiecznej przerwie mozna by sie odzwyczaic, ale u mnie chyba zostalo to we krwi. Bardzo szybko przestawiam sie z pysznego pieczywa z powrotem na ryz i nudle; z domowych wygod na podroznicze niedogodnosci. Zamienilam ciezki plecak na walizke (z powodow zdrowotnych) i musze przyznac ze to zmiana na plus! Jest wygoda, kregoslup nie wysiada. Teraz nawet nie wyobrazam sobie dzwigac na nowo plecaka.

Nasze pierwsze wrazenie  z Indonezji ma scisly zwiazek z gozdzikowym aromatem. Okazuje sie, ze wszystkie lokalne marki papierosow maja wlasnie zapach gozdzikowy. A ze pali sie tu na potege, zapach ten unosi sie wszedzie.  Na poczatku nawet nam sie to z Agu podobalo, przywodzilo na mysl Swieta, grzane wino...Ale po 16 h jazdy autobusem w dymie zmienilysmy nastawienie. Od teraz to Swieta beda nam sie kojarzyly z papierosami...


Dobijamy do Parapat, na polnocy Sumatry, skrajnie zmeczone, pogięte i smierdzace popielniczka. Marzymy o prysznicu, lozku i jedzeniu. Przyszedl w koncu czas skosztowac nowej kuchni. Po kilku dniach w Malezji gdzie opychalysmy sie pysznymi indyjskimi rotti z curry mozemy byc troche wybredne. Probujemy po kolei narodowych specjalow: nasi goreng i mie goreng, czyli... smazony ryz i smazone nudle. Niezbyt oryginalne dania jak na Azje ale jestesmy pozytywnie zaskoczone: smak nowy, troche inne przyprawy, makaron NIE RYZOWY a jajeczny, no i przede wszystkim BRAK KOLENDRY! Wow, to pierwsze panstwo w Azji gdzie nie laduja tego zielska do jedzenia. Fajnie, wiemy juz ze z glodu nie umrzemy.



Jezioro Toba, nad ktorym jestesmy powstalo 70 tys. lat temu w wyniku erupcji wulkanu.
Wraz z wyspą Samosir stanowi jedna z glownych atrakcji turystycznych na Sumatrze.
Tereny te zamieszkuja Batakowie, plemie o dosc ciekawej historii. Slyneli bowiem z kanibalizmu. Jedli swoich wrogow, wiezniow i ponoc nawet starych, niezdolnych do pracy krewnych.
We wsi Ambarita mozna zobaczyc kamienne krzesla i stol ofiarny na ktorym zabijano, cwiatrowano i jedzono ofiary. Krol wypijal krew, potem dzielil sie z Radą starcow  sercem, watroba i miesniami rak. Reszte wrzucali do jeziora, w ktorym nie mozna bylo sie przez tydzien kapac. Ostatnia taka akcja odbyla sie jeszcze pod koniec XIX w...



Spacerujemy po wyspie i nasza uwage stale przyciagaja piekne domki z fikusnymi dachami w ksztalcie bawolich rogow. Jak sie okazalo to budownictwo nie jest przypadkowe. Ma zwiazek z legenda o tym jak zli jawajczycy najechali bogu ducha winną ludnosc Sumatry. Madry krol by uniknac rozlewu krwi zaproponowal pojedynek bykow. Jawa wystawila wielkiego, silnego byka a Sumatra malutkiego byczka. Myk polegal na tym, ze byczka przed walka na tydzien odciagnieto od matki i przywiazano mu do rozkow sztylety.
W dzien walki byczek byl tak wyglodzony,ze ujrzawszy byka rzucil sie do jego podbrzusza szukajac mleka. Oczywiscie podziurawil go smiertelnie i wygral walke.

Indonezja ma z pewnoscia jeszcze wiele do zaoferowania. Z niecierpliwoscia czekamy na kolejne smaczki.

Ewa



niedziela, 4 maja 2014

przygoda w Tajlandii czesc 2- aagu



 Ze wzgledu na wymagania wizowe zmuszona bylam co 2 miesiace opuszczac teren Tajlandii, co nie ukrywam zawsze mnie cieszylo, hehe. Tym sposobem wrocilam jeszcze 2krotnie do Laosu (raz ponownie z Ewa), nastepnie odwiedzilam Singapur oraz Malezje. Zawsze udalo mi sie tak zorganizowac ze mialam i czas na zwiedzanie :) Singapur nalezacy do jednego z najczystrzych azjatyckich panstw w wiekszosci jest betonowym ale bardzo zadbanym miejscem. Jest kilka przyjemnych parkow do odwiedzenia oraz co dla mnie bylo najlepsze..wyspa Santosa z piekna piaszczysta plaza, trasami trekingowymi po dzungli, aquaparkiem, parkiem przygod a nawet Universal Studio. Najwyzszy budynek w miescie z basenem zewnetrznym na 58 pietrze rowniez zrobil na mnie niezle wrazenie. Malezja to wciaz nieodkryty teren. Pierwsza wizyta byla tylko w Kuala Lumpur gdzie oczekujac na odbior wizy zwiedzilam okolice i z nowo poznanymi "Malaysian backpackers" pobliskie wodospady.


Nieswiadomie zupelnie, trafilam na slynny na calym swiecie "festiwal wegetarianski" podczas ktorego wszyscy gleboko wierzacy hindusi, wprowadzajac sie w trans narkotykowy kalecza swoje ciala w imie wiary. Byla to najdziwniejsza rzecz jaka do tej pory widzialam. Ulice w czesci miasta byly poblokowane a na nich kumulowaly sie tysiace ludzi. Rozstawione byly namioty gdzie mozna bylo ogolic glowe, kupic waze z mlekiem od "swietej krowy", oraz zrobic piercing ciala. Niekiedy cale rodziny stawaly w kolejkach.Waze z mlekiem umieszczalo sie na glowie i dwoma rekoma nalezalo ja trzymac. I nie bylo by w tym nic strasznego gdyby nie fakt ze szlo sie tak kilka kilometrow, skladajac dary w "Batu Cave" znajdujacej sie wysoko w skalach. Zadni mocniejszych wrazen, wkuwali sobie na calych plecach haki z lancuchami do ktorych przymocowane byly jadace na kolach wielkie oltarze z obrazami, owocami i swiecami. Wiekszosc z nich miala zespol pomocniczy i dopingujacy. Kilka osob gralo na bebnach, kobiety rzucaly kwiaty, ktos tanczyl i spiewal. Sam moment przekuwania cial byl niesamowicie dziwny. Tuz po przekuciu wiekszosc z nich wygladala jakby cos w nich wstapilo. Nienaturalnie rozszerzone oczy, trzesace sie ciala, dziwne spiewy i tance w kolku. Aby nie bylo widac krwi zasypywali ochotnika popiolem. Ludzie zjezdzaja sie tam juz o 3 w nocy  i koncza nastepnego dnia.

 Pomimo dwoch etatow byl i czas na przyjemnosci. Staralam sie nie proznowac, hehe. Ze wspomniana juz ekipa nauczycieli jezdzilismy na plaze, na pobliska wyspe koh chang, a w ciagu tygodnia wraz z Long Ting (chinka, moja wspollokatorka) i Lala (amerykanka) jezdzilysmy na wycieczki rowerowe wokol jeziorka. Stalo sie rowniez tradycja ze co srody odbywaly sie babskie spotkania tzw "www" ( wonderful women's wednesday :p).

Mialam tez okazje poplywac z delfinami, a podczas odwiedzin mojej siostry spedzilysmy kilka dni w sanktuarium sloni opiekujac sie nimi.Odwiedzilysmy takze swiatynie z tygrysami lecz to miejsce niestety nie przypadlo nam do gustu..widzac meczace sie tygrysy  wciaz faszerowane duza iloscia tabletek. Tygrysy w wiekszosci nie mialy sily nawet wstac co bylo wykorzystywane do robienia zdjec "na nich". My zrezygnowalysmy z tej opcji, jedynie poszlysmy do malutkich tygryskow pokarmic je mlekiem z butli i pobawic sie z nimi. echh ale mysl, ze czeka je taka sama przyszlosc jak ich rodzicow nie wprawiala w dobry humor.
Na zakonczenie wizyty siostry wybralysmy sie takze na wyspe Koh Tao, gdzie obie po raz pierwszy sprobowalysmy nurkowania. Zakochalam sie w podwodnym swiecie pelnym niesamowitych kolorow oraz zyjatek. Zolw plynacy tuz obok tylko zachecil do kolejnych nurow.
Semestr szkolny obejmowal rowniez okres swiateczny, takze tym razem swieta Bozego Narodzenia obchodzilam poza domem.Ze wzgledu, ze w Tajlandii buddyzm jest glowna religia, nie mielismy co liczyc na wolne od szkoly.Nie bylo jednak najgorzej, wszyscy zdecydowalismy sie zapoznac studentow z zachodnia kultura, sluchajac na lekcjach koled, robiac kartki swiateczne, piszac listy do "gwiazdora" a nawet wymieniajac sie upominkami!
Nauczycielska ekipa spedzilismy takze kolacje wigilijna. A nawet 4, hehe. Nawet choinke znalezlismy! Ze wzgledu na mix kultur niektore potrawy wigilijne byly dla mnie nowoscia..szaszlyki, lasagnia, spaghetti na slodko, kurczak pieczony, owoce morza, ziemniaki w mundurkach z maslem.Ja przygotowalam rowniez barszcz, pierogi, rybe smazona oraz salatke warzywna.
Procz ozdobek choinkowych za wystroj swiateczny robily tez balony i serpentyny :) spora roznica byla takze pogoda..pierwsze swieta obchodzone w krotkim rekawku przy temp 24 stopni :D, o tak! Lubie!
                               

Tak w skrocie mozna podsumowac moj pobyt w "Panstwie Usmiechu" :D

czwartek, 1 maja 2014

Edukacja w Tajlandii- agu

Witam wszystkich zainteresowanych naszymi osobami.Po dosc dlugim nieoczekiwanym pobycie w Tajlandii czas wyruszyc ponownie w nieznane. Czas spedzony tam byl niesamowicie obfity w nowe doswiadczenia, znajomosci i doznania. Nadal potrafi mi sie lezka w oku zakrecic wspominajac, nie ukrywac tu bede te bardzo dobre czasy. Edukacja w Tajlandii jak juz kiedys wspominalam znacznie odbiega od jakichkolwiek standardow a z pewnoscia polskich realiow. Z jednaj strony jest to niekonczacy sie temat, a drugiej w sumie prosty i szybki. Postaram sie choc troche uchylic rabka tajemnicy. W Tajlandii poziom nauczania jest bardzo niski. Kazdy "zagraniczniak", ktory podejmuje tu prace ma wyzsze priorytety i ogromne checi. Tak samo bylo ze mna. "Ja ich naucze, mi sie uda".Patrzac z perspektywy 9 miesiecy bycia nauczycielka, jedyne co udalo mi sie osiagnac to sympatia wielu uczniow (ALE  nie wszystkich i ze wzajemnoscia niestety).  Trzeba sie z tym pogodzic, ze uczniowie po prostu nie chca sie uczyc, nie maja dyscypliny..ale mozna to zauwazyc u pokolen. Cala Tajska populacja ukierunkowana jest na radosc, beztroske..wiec skoro ich rodzice tak do tego podchodza to czemu oni maja byc inni? Tajscy nauczyciele sprawiaja wrazenie bardzo zaangazowanych..ale w glownej mierze chodzi im jedynie o konkursy, zawody, przedstawienia..natomiast egzaminy..pff. - "nie zdali..wymysl im jakas kare, moga posprzatac nasz pokoj nauczycielski albo pobiegac wokol szkoly..nie koniecznie musi to byc zaliczenie materialu..".
"No i postaraj sie zeby wszyscy zaliczyli". rece opadaly. Opowiadalam im jak to w Polsce wyglada, jaka dyscyplina, jakie obawy jak nie zdasz egzaminu, ze rodzice beda wezwani, ze to wstyd... nie przekonywalo ich to jednak do zmian.Zatem co przyszlo mi zmienic..moje podejscie :) I przestroga dla kolejnych smialkow, ktorzy zechca tu byc nauczycielami..nie irytuj sie, ze nic nie wiesz, ze tajscy nauczyciele Ci nic nie mowia, maja zebrania tylko po tajsku, wymagaja od Ciebie czegos na wczoraj..WYLUZUJ, ZAAKCEPTUJ I ZAPOMNIJ.
Ja zaakceptowalam, gryzac sie wielokrotnie w jezyk i cieszac z kazdej mile przeprowadzonej lekcji. W koncu dzieki mozliwosci pracy jako nauczycielka mialam swietna okazje doskonalic swoja znajomosc angielskiego przygotowujac sie do zajec, prowadzac korepetycje, a takze zobligowana bylam do zdania egzaminu i uzyskania angielskiego certyfikatu oraz licencji nauczyciela. Nie zaskocze tu nikogo mowiac ze korzystanie z obcego jezyka kazdego dnia non stop jest najlepsza nauka. Same wiec pozytywy :)
Kilkukrotnie pojechalam tez na wycieczki szkolne zwiedzajac inne zakatki Tajlandii i majac okazje poznac uczniow prywatnie.Najwiecej radosci mialam jednak spedzajac czas z innymi nauczycielami.Mielismy naprawde swietna ekipe.Mieszanka roznych narodowosci doskonale dogadujaca sie wzajemnie. Moje trzy siostry z  Chin, USA i Filipin pozostana w moim serduchu na zawsze♡ do tego chlopcy z Anglii, Australii, Iranu i Filipin byli idealnym uzupelnieniem grupy!








środa, 30 kwietnia 2014

Powracamy!

Czy rok to za dużo by wrócić do prowadzenia bloga? Oczywiscie ze NIE:) Jestesmy z Wami po przerwie rządni nowych przygód i dzielenia sie nimi. Wlasnie dotarlysmy z Agnieszka do Indonezji i w 4-o godzinnym oczekiwaniu na autobus nadrabiamy blogowe zaleglosci.

Pewnie zachodzicie w glowe co sie z nami dzialo przez ten dlugi czas nieobecnosci;D uchyle rabka tajemnicy tym co nie sledza nas na facebooku.
Prawie rok temu w Tajlandii kolejny raz nasze drogi sie rozeszly, tym razem podzielily nas... pieniadze;)
Agu zostala w Tajlandii podejmujac prace jako  nauczycielka angielskiego, Mikołaj polecial do Sydney szukac lepszych mozliwosci zarobkowych, a my z Kamilem po wakacjach na Filipinach rowniez udalismy sie do Australii lecz w druga strone: do Perth.

Miejcie trochę cierpliwosci a pojawia sie wkrotce zalegle, barwne opisy naszych perypetii. Zdradze Jeszcze tylko tyle, ze Kamil oficjalnie juz zakonczyl swoj etap podrozy i wrocil do domu, a ja po nieoczekiwanej 4-o miesiecznej przerwie w Polsce znow wrocilam na szlak by razem z Agu podbic kolejne zakatki Azji.  A wrocilam w NOWYM stylu...


wtorek, 18 czerwca 2013

Cywilizacja powraca, witamy w Tajlandii!



Pomimo rzęsistego deszczu, udaje nam się zatrzymać dużego tira który zabiera całą czwórkę prosto na granicę. Kierowca okazuje się być Tajem. Czyżby cała ta nacja była tak miła..? Niebawem się przekonamy! Docieramy nad rzekę gdzie okazuje się, że są osobne przejścia dla pieszych i dla samochodów. Trafiliśmy rzecz jasna na to dla aut, więc czym prędzej oddelegowano nas na to drugie. Szybka odprawa paszportowa i siedzimy już w łódce płynącej na drugi brzeg. Granicę pomiędzy Laosem i
Tajlandią wyznacza tu jedynie rzeka, o której już wspomniałam. Kolejna odprawa paszportowa i jesteśmy! Nasze pierwsze zdziwienie.. ruch samochodowy odbywa się tu po drugiej stronie tak jak w Anglii! Kolejne bardzo pozytywne zaskoczenie to klimatyzowane markety z lodówkami! Może się to dla wielu wydać bzdurą ALE uwierzcie, że po tylu miesiącach chodzenia po ryneczkach gdzie z każdego jedzenia musisz odganiać muchy i gdzie tylko ciepłe napoje z lodem są rozwiązaniem na ugaszenie pragnienia, to
był dla nas raj. Zimna pepsi z lodówki zrobiła furorę! Po pierwszym tajskim posiłku łapaliśmy stopa dalej. Potwierdził się fakt, iż kierowcy są tutaj bardzo uprzejmi i rozumieją czym jest autostop. Wieczorem docieramy do większej miejscowości. Naszym oczom ukazuje się duuuże Tesco. Naprawdę powróciliśmy do cywilizacji! Kierując się jeszcze na drogę by spróbować jechać dalej, Ewę i Kamila zatrzymuje miła kobieta. Dobrze mówi po angielsku i chce nam pomóc. Oferuje nam nocleg w swoim domu
podkreślając, że jest również katoliczką i nic od nas nie chce, bo wie, że i tak Bóg ją za to wynagrodzi. Po krótkich zakupach w Tesco, decydujemy się skorzystać z gościny nowej znajomej. Ma ładny,  duży dom i mieszka tam z ojcem, którym się opiekuje. Zarządza abyśmy przygotowali wszystkie rzeczy do prania, bo na pewno nie łatwo nam było o pralkę. Przyniosła nam nawet na ten czas swoje stare ubrania.  W tym samym czasie zaczyna przygotowywać kolacje. Pomagamy jej przy tym wciąż nie dowierzając.
Po wspólnym posiłku i rozmowie czas na kąpiel i sen. Każdy z nas otrzymuje swoją poduszkę, koc i osobne łóżko. Ten niesamowity dzień się kończy. Rano nasza "tajska ciocia"(taki przydomek otrzymała od nas) budzi nas na śniadanie, a następnie prosi o pomoc w ogrodzie. Chociaż w ten sposób będziemy mogli jej się zrewanżować. Po wykonanej pracy ciocia jednak wręcza jeszcze każdemu z nas po sto bathów czyli jakieś 1o zł, nie przyjmuje odmowy.. Jemy jeszcze wspólnie lunch i ruszamy w drogę. Jak
można było się już domyślić, ciocia nie puściła by nas od tak! Wręczyła nam jedzenie na późniejszą kolację, chleb na jutrzejsze śniadanie i zadzwonił po znajomą, która ma duże auto, aby odstawić nas na dobrą drogę poza miastem. Niesamowita kobieta! Szczere podziękowania dla niej za wszystko! Tego samego dnia docieramy do Lampang. Miasto, które nie jest bardzo popularne wśród turystów. Ja z Ewą chciałyśmy tam jechać ze względu na centrum słoni ,które tam jest, a chłopaki po prostu po drodze.







Teraz moja działka (Ewa).
Wieczorem,  w Lampang Kamil dostał wysokiej, nagłej gorączki. Znaleźliśmy sobie nocleg i szybko wpakowałam rozgoraczkowanego chłopaka do łóżka. Rano, niestety nic z nim lepiej nie było wiec odeszła mi ochota na wizytę w centrum słoni. Agu oczywiście zrozumiała i uszanowala moja decyzję. Rozsiadłam się u niej w pokoju (bo tylko tam było wifi) i zaczęłam szukac informacji w necie. Po wpisaniu objawów i miejsc w których byliśmy, wyniki jednoznacznie wskazywaly na dengę. Wiele strasznych i mrożących krew w żyłach informacji można sie dowiedzieć studiując tą chorobę. Charakteruzuje sie ona wysoką gorączką, utrzymujacą sie nawet do 7 dni, bólem oczu, mięśni i ogólnym osłabieniem. Przenoszą ją pie*##**e, prążkowane komary w porze deszczowej. Choroba może mieć przebieg łagodny - 7-o dniowa goraczka,  kończąca się wysypką lub ostry-krwotoczny, który rzadko dobrze się kończy i ogólnie lepiej nie wczytywac się w szczegóły. Na dengę nie ma lekarstwa, leczy się tylko objawy, podając paracetamol i specjalne mieszanki do picia by się pacjent nie odwodnił. Ponieważ denga robi jakieś zamieszanie w płytkach krwi, nie powinno podawać sie też aspiryny ani leków na bazie Ibuprofenu. A dokładnie te leki na zabicie goraczki zażył wczoraj Kamil. Ale zresztą nic innego nie mieliśmy. Jakoś każdy Polak chyba ślepo polega na aspirynie...
Głowa mi sie od tego wszystkiego zagotowala i szybko podjęłam decyzję by czym prędzej udać się z naszym poszkodowanym do szpitala. Nie do konca wiedziałam jak się za to zabrać, a recepcjonistka hotelu nie była pomocna bo nie mówiła po angielsku.
Jak grom z nieba spadł na mnie doskonały pomysł, by zadzwonić do nadzej "cioci"! Ona wszystko wie najlepiej, ma znajomości i niewyczerpaną potrzebę niesienia pomocy. Tak też zrobiłam: za pomocą telefonu recepcjonistki odbyłyśmy w trójkę tele-konferencje, w której ja tłumaczyłam co się dzieje, ciocia wykrzykiwala swoje obawy i dawała instrukcje recepcjonistce, a ta  przerażona posłusznie przytakiwala. Mówię wam, cioci nie sposób się sprzeciwić, nawet na dystans. Doszłyśmy do porozumienia i zakończyłyśmy rozmowę.  Stanęło na tym że jedziemy tuk-tukiem do szpitala,  którego nazwę poda nam recepcjonistka. Poszłam tylko jeszcze z Agu do pobleskiego sklepu kupić kartę do rozmów międzynarodowych,  bo chciałam zadzwonić do ubezpieczyciela.
Nie było nas może z 10 minut...
Wracamy do hotelu, a przed wejściem stoi karetka i 5 mężczyzn z R1 i deską ratunkową...
"Ojej, komuś coś sie stało? " myślę.
Ale podświadomie czuję już że ta karetka jest dla Kamila. Czy przez te 10 minut coś sie stało?  Może dostał jakis dreszczy, majakow od goraczki...? Z duszą na ramieniu i pięcioma facetami za plecami biegne do pokoju, otwieram drzwi i....znajduję Kamilka głęboko śpiącego,  totalnie nieświadomego odbywajacej sie wokół farsy. Budze go wiec czym prędzej słowami :"tylko się nie martw kochanie, przyjechała po ciebie karetka".
Kamil niezadowolony z nagłej pobudki,  ratownicy zdezorientowani; bo chyba spodziewali się bardziej krytycznego przypadku, ja zawstydzona, Agu lekko rozbawiona - stoimy tak wszyscy w jednym pokoju nad łóżkiem Kamila i spogladamy na siebie. Już domyślam się czyja to sprawka; ciocia, nie ufając, że trafimy do odpowiedniego szpitala,  po naszym wyjściu zadzwonila jeszcze raz do recepcjonistki i kazała jej wezwać karetkę. Stoje tam i nie wiem co o tym wszystkim myśleć ale nadrabiam opanowaną miną. Pakujemy Kamila do zdezelowanego ambulansu, gdzie ratownik bada mu ciśnienie. Następnie każe mu sie położyć na leżance,a mi usiąść na kole i na sygnale prujemy przez miasto do szpitala. Pamiętam, że jadąc tym cackiem myślałam że to pierwaszy test pacjenta-przeżyć jazdę do szpitala. Nic tam w środku nie było stabilne, nawet łóżko z Kamilem latało na boki, nie mówiąc o lekarzu i o mnie. Bałam sie że na zakręcie wylece przez tylną szybe, która zresztą nie była w całości.  No ale udało się!  Dojechalismy do szpitala wszyscy w jednym kawałku. Tzn. każdy w swoim kawałku.
Zarejestrowaliśmy się i czekaliśmy na wizytę u lekarza. Wszystko szło bardzo zgrabnie i bez problemów. Pracownicy mówili po angielsku i bardzo nam pomagali. Pobrali Kamilowi krew i po 2 h. już były wyniki. Lekarka powiedziała, że to prawdopodobnie Denga, objawy i wyniki krwi na to wskazują. Zresztą teraz jest "dengue season"-sezon na dengę;) Przepisala paracetamol i sproszkowany napój przeciwko odwodnieniu i kazała co dwa dni badać krew by kontrolować wynik. Po wszystkim musieliśmy udać się do kasy uregulowac rachunek...spodziewaliśmy się jakiejś obezwladniajacej sumy, a tu....14 zl. Jak sie potem okazało,  to tylko za badanie krwi i leki bo akcja ratunkowa byla...gratis:)
No i tak zostalismy w Lampang kolejne 7 dni, aż Kamil nie poczuł sie lepiej a lekarki dały błogosławienstwo na dalszą podróż.
Prawie codziennie jeździliśmy do szpitala badać krew bo wciąż było coś nie tak. Cały personel szpitala dobrze juz nas znał, pod koniec prawie ze wszystkimi byliśmy na Ty:) Lekarki śmiały sie z nas, że uprawiamy "hospital turism"-turystykę szpitalna.

Agu z Mikołajem oczywiście wcześniej opuścili Lampang. A co sie z nimi działo, to już opowie Wam Agu:)

Razem z Mikołajem wyruszamy do Bangkoku. Udaje nam się pokonać ten odcinek w jeden dzień, jednym samochodem! Na dodatek czuliśmy się bardzo bezpiecznie ponieważ nasi kierowcy byli policjantami. Dotarliśmy dość późno, więc od razu udaliśmy się do starego miasta gdzie wiedzieliśmy, że są również Evelyn i Bill. Nasi dobrzy znajomi z Chin, którzy też wyruszyli w swoją podróż. Nazajutrz do południa spotkaliśmy się z nimi. Było naprawdę miło ich ponownie spotkać i wymienić się przeżyciami. Nie obyło
się bez jeszcze jednej niespodzianki. Również spotkaliśmy Michała, z którym ostatni raz widzieliśmy się w Laosie. Chłopaki dziś wracają do Polski..tym bardziej miło było go zobaczyć przed wylotem. Po południu przenieśliśmy się do naszego gospodarza z CS. Był to miły Filipińczyk Drexel. Od kolejnego ranka rozpoczęłam poszukiwania pracy. Przeszukiwałam różne tutejsze portale i wysyłałam CV. Popołudniami zwiedzaliśmy w większości na piechotę z Mikołajem, miasto. Po 3 dniach zaczęły się telefony z
zaproszeniami na rozmowy kwalifikacyjne. Kto by pomyślał, że tak krótki okres starczy. Jedyny problem jaki się pojawił to okres trwania kontraktu. Pojawiła się oferta pracy m. in w biurze podróży, w hotelu, jednakże musiałabym zostać tu na rok, a nie taki jest plan. To może spróbować z tą najbardziej popularną formą pracy dla obcokrajowców czyli nauką języka? We wszystkich dostępnych ofertach wymagają bycia native speakerem lub minimum mieć ukończony kurs językowy TESOL lub TEFL. Wykształcenie
pedagogiczne również wskazane. Nie mam nic z tego... Ale co mi tam. Do odważnych należy świat, jak mówią słowa mojej przewodniej piosenki. Jeszcze tego samego dnia szłam na rozmowę kwalifikacyjną do pierwszej szkoły! Kolejna rozmowa jutro i pojutrze. Musiałam przygotować przykładową lekcję angielskiego i ją zaprezentować. Szkoły usatysfakcjonowane moją znajomością języka, proponowały kontrakty. Zdecydowałam się ostatecznie na  pierwszą odwiedzoną. Wyprowadziłam się z Bangkoku do niewielkiej
miejscowości Trat, na wschodzie Tajlandii. Okolica śliczna, jeśli tylko nie pada (pora deszczowa w pełni) i można się wybrać na wycieczkę rowerową. Na najbardziej popularną Tajlandzką wyspę mam ok 2h, licząc w tym prom więc całkiem miło. Pracuję już drugi tydzień w tutejszej publicznej szkole. 13 czerwca obchodziłam nawet swój pierwszy dzień nauczyciela, hehe. Mam zajęcia z 11stoma klasami, w większości klas jest  po 45 uczniów. Uczę języka angielskiego, a jedną klasę tylko geografii po
angielsku. Mimo tego, że jest dużo pracy, jestem zadowolona. Świetne doświadczenie, wspaniali współpracownicy. Zabawię tutaj dłuższy czas, najprawdopodobniej 4 miesiące. Tyle z mojej strony. Pozdrawiam gorąco. Agu.


piątek, 14 czerwca 2013

czy to jest dżungla? Agu


Znowu z łatwością dotarłyśmy do Luang Namtha. Na miejscu zaczynamy się rozglądać za wycieczką do dżungli, bo po opowieściach Michała i Pawła mamy ochotę tego doświadczyć. Spotykamy dziewczynę z Kanady z która byłyśmy wcześniej nad wodospadem. Ona także z dwójką przyjaciół rozglądają się za wycieczką. Jeśli grupa jest większa płaci się mniej, stąd pomysł połączenia sił. Mimo tego ich wybór był dla nas za drogi więc szukamy dalej. Trafiamy na dwie Francuzki i postanawiamy się do nich przyłączyć.
Agencja informuje, że będzie nas 8 więc koszta znacznie zmalały. Świetnie, rano ruszamy! Nasz kierowca i przewodnik już na nas czekają. Wsiadamy w czwórkę do wozu i nagle ruszamy. Okazuje się że będziemy jednak w mniejszym gronie za tą samą kwotę :). Dobra nasza! Na pobliskim targowisku przewodnik kupił dla nas jedzenie i wodę. Następnie w pobliskiej wiosce dosiada się do nas dodatkowych 2 przewodników. W 7 osobowym składzie ruszamy w trasę. Przewodnicy wyposażeni w maczety idą z przodu aby
ewentualnie torować drogę. Początek spokojny głównie wzdłuż rzeki. Jedynie każdy po kolei poślizgnął się na kamieniu wpadając butem do wody, hehe. Kolejny odcinek nie był już tak przyjemny..wspinaliśmy się ostro pod górę. Biorąc pod uwagę temperaturę, wilgotność powietrza i nasze nie zbyt małe bagaże, trzeba przyznać że łatwo nie było. Przyroda zmienia się wokół, jednak my wciąż mamy wrażenie, że spacerujemy po jakimś europejskim lesie. Nawet trochę jak w Kórniku wokół jeziora..? kiedy mijamy
lasy bambusowe i docieramy do drzew gigantów, w końcu czujemy się egzotycznie. Jest tam bardzo głośno. Zwierzęta i owady wydają tak dużo odgłosów, że ma się wrażenie jakby były to jakieś maszyny... piły w tartaku. Po kilku godzinach zatrzymujemy się na dłuższą przerwę z lunchem. Dziś szef kuchni serwuje wodorosty rzeczne, pędy bambusa, ostre papryczki, a to wszystko z dodatkiem lepkiego ryżu. Dwóch przewodników po tym odcinku wracało z powrotem zatem teraz jedynie w 5 ruszyliśmy w dalszą
drogę. Trasa lżejsza, bo z górki. Po drodze widzimy plantację kauczukowców z zamontowanymi małymi miseczkami na pniu. Przewodnik opowiada nam jak wygląda proces zbierania kauczuku.  Zdobywamy więc kolejne nowinki. Późnym popołudniem docieramy do maleńkiej wioski, w której planowany jest nocleg. Już na wejściu obskoczył nas dzieci nie dając oddechu do końca pobytu tam. Mimo wszystko było to przyjemne widząc ich prawdziwą radość z grania balonem czy przeglądania zrobionych zdjęć. Dzieci
towarzyszyły nam również podczas kąpieli w rzece popisując się przy tym swoimi umiejętnościami pływackimi. Nasz przewodnik kolejny raz wykazał się swoimi zdolnościami kulinarnymi serwując nam pyszną zupę z kwiatów bananowców (zdobytych podczas dzisiejszego trekkingu między innymi przez Ewę) oraz wieprzowinę z zieloną fasolką i czosnkiem. Od rana znów niespodzianka, banany w cieście, do tego kawka. Możemy startować dalej! Uparcie namawiam przewodnika żeby znalazł ogromne pająki. Widzieliśmy
kilka ładnych, dużych, nietypowych pająków ale ja chciałam jeszcze większych. Przewodnik w końcu zaczął wkładać ręce do ogromnych gniazd w ich poszukiwaniach, niestety bezskutecznie. Nie ma co i tak zasłużył na podziw z naszej strony. Dzisiejsza trasa była krótsza, choć nie koniecznie łatwiejsza. Podsumowując. Ze względu na ekipę jaką szliśmy było bardzo miło. Spacer także uznam za przyjemny, co nie zmienia faktu, że spodziewałyśmy się czego innego. Chciałyśmy ciągłego przedzierania się przez
ściany zrośniętych lian i korzeni drzew, a nie zaznałyśmy tego wielokrotnie. Myślę, że jeden dzień byłby wystarczający. Za pieniądze wydane na tą przyjemność, można było ze spokojem zrobić co innego. Słyszeliśmy od innych ludzi, że połączenie jednodniowego trekkingu i jednego dnia kajaków robi większe wrażenie. Kto wie, może jest to pomysł na kolejny raz. Wracamy do Luang Namtha, gdzie następnego dnia docierają Kamil z Mikołajem. Zbliża się dzień wygaśnięcia naszych laotańskich wiz, więc decydujemy się na opuszczenie tego magicznego kraju.